Basset z melancholijnym spojrzeniem - ilustracja do wpisu o pasjach po piędziesiątce.

Płótno to dobre miejsce na pieskie marzenia i zimowe tęsknoty

Po pięćdziesiątce kupiłam farby i sztalugę. Nie planowałam. To nie była decyzja z listy „kiedyś na pewno spróbuję”. Bardziej przypominało zakupy, kiedy idziesz po chleb, a wracasz z trzema rzeczami, których wcale nie miałaś w planie. Tak właśnie wyszło.

Ale są takie chwile, kiedy coś wchodzi w twoje życie bez pytania – i zostaje. Jakby dobrze wiedziało, czego ci brakuje, nawet jeśli ty sama jeszcze tego nie wiesz.

Filozof w depresji, czyli Basset na płótnie

Farby i sztaluga sprawiły, że na pierwszym obrazie pojawił się pies. Oczywiście Basset – bo jak tu się nie zakochać w rasie z melancholijnym spojrzeniem, skórą układającą się w fałdy i zmarszczki (coś jak u mnie, tylko że jemu z tym bardziej do pyska), rasie o wyglądzie filozofa w depresji.

Problem w tym, że Basseta nie da się tak po prostu mieć. Mieszkam na pierwszym piętrze i przeprowadzki nie planuję. A wnoszenie trzydziestu kilo żywej wagi po schodach kilka razy dziennie to nie jest wyzwanie, tylko szybka droga do ortopedy.

Dlatego kiedy chwyciłam pędzel, miałam jasność: chcę mieć swojego Basseta. Choćby tylko na płótnie.

Śnieg z tubki

Druga była tęsknota. Biała. Za zimą. Nie taką londyńską, taką prawdziwą. Ze śniegiem trzaskającym pod butami, wszechobecnym białym puchem i oknami wymalowanymi przez mróz.

Nie znalazłam jej za oknem, więc namalowałam: taką, jaką pamiętam, taką moją. Na płótnie mam wszystko, za czym tęsknię: skrzypiacy śnieg, wielkie zaspy, i domek, w którym na pewno pachnie piernikami.

Moja prywatna zima: biała, czysta, bezpieczna.

I Po co to wszystko

Nie wiem, czy to talent. Nie wiem nawet, czy to pasja. Wiem tylko, że na płótnie mogę mieć to, na co w życiu brakuje miejsca. Psa, którego nie uniosę po schodach. Zimę, której od lat nie widzę za oknem. Ciszę, która nie męczy.

I może właśnie o to chodzi – żeby dać szansę takim „tak wyszło”. Żeby sprawdzić, dokąd nas zaprowadzi coś, co przyszło bez planu, bez listy „zrobię to, gdy będę mieć czas”. Bo pasje zwykle zaczynają się od cichego „a może spróbuję”. Częściej wyglądają jak pomyłka przy kasie w sklepie albo jak nieproszony gość, który ostatecznie okazuje się najlepszym towarzystwem.

Dlatego warto próbować. Raz farby, innym razem gitara, kurs salsy czy własny ogródek na parapecie. Bo to, co ma zostać, zostanie – i nieważne, czy nazwiemy to talentem, terapią czy zwyczajnym przypadkiem. Najważniejsze, że daje radość. A czasem właśnie tyle wystarczy.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *